Piątek, 2018-08-17

konkubinat

Konkubinat

broken-family-684x310

Pomysł zalegalizowania w Polsce tak zwanego konkubinatu pojawił się jakiś czas temu, by później nagle przycichnąć. Doświadczenie uczy jednak, że tego typu temat rzucony w pewnym momencie “na wabia” wraca wówczas, gdy grunt pod zmiany wydaje się nieco bardziej przygotowany. A przygotowania niewątpliwie trwają. Przypomnijmy pokrótce, jakie informacje w rzeczonej sprawie dotarły do opinii publicznej. Otóż uznał ktoś, że niesprawiedliwością jest, by małżonkowie mieli więcej praw niż osoby, które też bardzo się kochają, ale żyją w związkach nieformalnych. Stan ten określono mianem dyskryminacji, a jej ofiarami mają być wszyscy ci, którzy zdecydowali się na inną niż legalne małżeństwo formę wspólnego życia. Przy okazji wyszło na to, że zalegalizować należałoby konsekwentnie również związki osób tej samej płci. Wprawdzie wymogi przystąpienia do Unii Europejskiej nie przewidują konieczności legalizacji konkubinatu, ale skoro już do niej dojdzie, to wówczas prawo europejskie domagać się będzie równego traktowania wszystkich obywateli. A zatem para jednopłciowa też powinna być objęta tym prawem. Argumenty na rzecz zmian przywołano różne, najczęściej bardzo emocjonalne. A to, że przyjaciel nie może być blisko przyjaciela w szpitalu, a to, że są problemy z dziedziczeniem majątku, nie ma możliwości wspólnego rozliczenia podatku itd. Powołano się też na rozwiązania zagraniczne: we Francji wprowadzona została instytucja tzw. partnerstwa, w Holandii i w Szwecji wprost zalegalizowano związki homoseksualne. Sondaże polskiej opinii publicznej przeprowadzone wkrótce po ujawnieniu projektu zmian zdawały się sugerować umiarkowane poparcie dlań. Może to być konsekwencją faktu, że i tak wiele par żyje w związkach nieformalnych z własnego wyboru i – jak deklarują – w zgodzie z własnymi przekonaniami. Co ciekawe, gdyby przeprowadzić badania statystyczne mogłoby się okazać, że taki styl życia nie jest tylko i wyłącznie domeną ludzi młodych. W naszym mieście, także w naszej parafii franciszkańskiej, są osoby (wolne oraz wdowy i wdowcy) żyjące właśnie w związkach nieformalnych. Nie mają żadnych przeszkód do zawarcia związków cywilnych czy kościelnych, a jednak nie decydują się na to. Warto więc postawić bardziej fundamentalne pytanie: jakie realne dobro przynieść miałaby proponowana zmiana. Bo zgodzić się chyba trzeba, że zmiany w tak poważnych kwestiach mają sens tylko wtedy, gdy w grę wchodzi możliwość uzyskania większego dobra. To, że małżeństwom przysługują pewne prawa czy nawet przywileje, jest faktem bezspornym. Ale wszyscy ci, którzy poważnie potraktowali fakt zawarcia małżeństwa wiedzą, że z nabytymi prawami i przywilejami ściśle wiążą się pewne określone obowiązki. Nieistotne jest przy tym, że wielu ludzi na co dzień zapomina o tych obowiązkach. Wstępując w związek małżeński czy to konkordatowy, czy cywilny, podejmuje się przede wszystkim zobowiązanie do szeroko rozumianej troski o osobę współmałżonka i wspólne potomstwo. Wycofanie się z tych obowiązków w sensie formalnym wcale nie jest takie proste i choć przeprowadza się w Polsce dużo rozwodów, to jednak orzeczenia w tych sprawach nie są szybkie i automatyczne. Jednocześnie pewne zobowiązania pozostają nawet w przypadku rozwiązania małżeństwa, choćby w postaci obowiązku alimentacyjnego. Zwolennicy zmian proponują zrównanie w prawach. Dobrem, jakie zamierzają osiągnąć jest przyznanie konkretnych uprawnień tym, którzy z różnych przyczyn nie chcą swych związków sformalizować. Zarazem jednak nie słychać, by w parze z przyznaniem tych samych praw miało pójść zrównanie w obowiązkach. Wręcz przeciwnie, zapowiedziano wprost, iż do rozwiązania tego typu związku wystarczyłoby złożenie odpowiedniego oświadczenia przez jedną ze stron. Wydaje się rzeczą oczywistą, że gdyby katalog praw i przywilejów połączyć z katalogiem obowiązków takich, jakie mają małżeństwa, to cała zabawa w legalizowanie konkubinatu nie miałaby sensu – niczym by się nie różnił od małżeństwa. Postulowanie zatem samych tylko uprawnień jest logiczną konsekwencją specyficznego podejścia do kwestii wspólnego życia dwojga ludzi. Wygląda na to, że związek taki ma rację bytu dopóty, dopóki przynosi wymierne korzyści, zarówno materialne, jak i emocjonalne, a nie rodzi zobowiązań. Jeśli przestaje przynosić korzyści, a co gorsza zaczyna zobowiązywać, należy się z niego możliwie bezboleśnie wycofać. I chyba taka filozofia tkwi u podłoża całego tego pomysłu. Czy tego typu pomysły mogą być interpretowane jako kolejny zamach na instytucję rodziny? W dużym stopniu tak, ponieważ jest to dążenie do uprawomocnienia zachowań jednak niekorzystnych dla całego społeczeństwa. To, że coraz więcej ludzi decyduje się na wspólne życie bez zobowiązań nie oznacza, że taka ma zacząć obowiązywać norma, i że skutki będą w dłuższym okresie pozytywne. Nie ma bowiem podstaw by dowodzić, że związki nieformalne są trwalsze od formalnych (nie wiadomo dlaczego wielu jest o tym mocno przekonanych), lub że dzieci w takich “rodzinach” socjalizują się lepiej. Gdyby tak było, to moglibyśmy mówić o konkretnym dobru. Ale tak nie jest. O wiele poważniejsze obawy wiążą się z dążeniami zwolenników tzw. małżeństw homoseksualnych. Nie wykluczone, że legalizacja konkubinatu jest zwykłym pretekstem dla legalizacji właśnie związków homoseksualnych. Kolejnym logicznym krokiem będzie więc domaganie się prawa do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Prawo takie uzyskali przecież homoseksualiści w Holandii i w Szwecji. Bardzo demagogicznie brzmią przy tym argumenty, że lepiej wychowają dziecko kochający homoseksualiści, niż niekochający rodzice naturalni. Polityka taka, przez wielu postrzegana jako szczególnie postępowa, wydaje się abstrahować od rzeczywistej sytuacji demograficznej i społecznej Europy. I w Polsce i w krajach zachodnich obserwuje się zatrważający spadek przyrostu naturalnego, rosnącą liczbę rodzin rozbitych i zrekonstruowanych i modę na życie bez zobowiązań. Socjologowie przestrzegają, że procesy te prowadzą wprost do dezintegracji społecznej. W kryzysie tradycyjnego modelu małżeństwa i rodziny dopatrywać się można też przyczyn takich zjawisk, jak wzrost uzależnień, przestępczości, zanik solidarności itp. Ochrona małżeństwa, rozumianego jako sformalizowany związek kobiety i mężczyzny nie jest więc w tym kontekście ochroną jednej z wielu równorzędnych ideologii. Jawi się raczej jako troska o ocalenie samych fundamentów życia społecznego. Stąd też sprzeciw Kościoła wobec tak nieodpowiedzialnych pomysłów jest jak najbardziej zrozumiały.